Na tropie czarnego misia
Na kilku tygodni przed naszą podróżą media elektryzuje wieść o pożarze w parku Yosemite. Elektryzuje zwłaszcza w okolicy San Francisco, bo od jakiegoś czasu miasto musi dokupować energię elektryczną gdzie popadnie (ogień zniszczył część trakcji), a i z wodą może być krucho (jeżeli pożar dotrze do jeziorka, z którego całe Bay Area pompuje). Zdjęcia płonących drzew atakują więc dość często z okładek codziennych gazet, a zaniepokojeni turyści odwołują zaplanowane wyjazdy. Ale nie my, choć znajomi Amerykanie parokrotnie zarzucają nam lekkomyślność. Po pierwsze przyglądamy się mapie. Park liczy sobie 3000 km kwadratowych, czyli mniej więcej tyle co stan Rhode Island. Pożar szaleje, to prawda, ale tylko w niewielkiej części Yosemite. W takich okolicznościach zrezygnować z wyjazdu, to jak obawiać się podróży do Krakowa, bo w Rzeszowie coś się pali. Jedziemy! Gdzieś, daleko pali się Yosemite Sam park to głównie góry należące do pasma Sierra Nevada i fantastyczne lasy, pełne nie do...