Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2013

Brzmienie zmian

W minioną niedzielę, 28 kwietnia, minęło dziesięć lat od kiedy amerykański iTunes Store rozpoczął swoją działalność. Nie oszukujmy się, to jedna z najważniejszych dat w historii współczesnej muzyki rozrywkowej. Prawdziwa rewolucja, która trwa do dzisiaj i cały czas zmienia oblicze tego jak tworzy się, sprzedaje i myśli się o muzyce. Ta data wskazuje moment wprowadzenia nowych standardów oraz początek zmian w generującym miliardy dolarów zysku przemyśle, jak również w artystycznym podejściu do tej części kultury. Kiedy po pierwszych 18 godzinach działaniach iTunes, za pośrednictwem serwisu sprzedano około 250 tysięcy utworów muzycznych, wiadomo było, że będziemy mieć do czynienia z czymś niezwykłym. Na pierwszy milion kupionych piosenek trzeba było czekać zaledwie 5 dni. Później, gdy Apple wydało wersję iTunes pod Windows, wolumen sprzedaży wzrastał jeszcze szybciej. Po roku, 28 kwietnia 2004, ogłoszono, że za pośrednictwem sklepu sprzedano około 70 milionów kompozycji, co sprawiło, że …

My i oni - Amerykanie

Z pozoru sprawa wydaję się być prosta – dwa kontynenty, dwie Ameryki, zaś równoprawne określenie wszystkich ich mieszkańców jako Amerykanów w pełni uzasadnione. Tymczasem kwestia ta jest nieco bardziej skomplikowana. Gdyby zapytać przeciętnego mieszkańca Stanów Zjednoczonych kim dla niego jest Amerykanin, większość pytanych odniosłaby się do mieszkańców USA. A co z Kanadyjczykami czy Meksykanami? Nie wspominając już o Latynosach. Dla mieszkańców USA sprawa wydaje się być prosta – my Amerykanie, oni: już tylko Kanadyjczycy, Meksykanie, czy Latynosi, bo z niby jakiej racji Amerykanie? Po części wynika to ze stosunku Amerykanów do Kanady czy Meksyku. O Kanadzie zarówno oficjele, jak i mieszkańcy - lubią myśleć jako o partnerze. Podczas, gdy o Meksyku, oraz rzeszach imigrantów z tego kraju jako o zagrożeniu lub potencjalnym obszarze interesów gospodarczych. Ameryka Łacińska – przecież to „nasz obszar”, a obecnie USA stoi w obliczu ważniejszych problemów, niż zajmowanie się „swoimi peryfe…

Gdzie są centrzy z tamtych lat?

Stars and Stripes na ekranie, czyli krótka refleksja na temat obecności flagi w hollywoodzkich filmach

Naiwny sentymentalizm? Brak gustu i umiłowanie tandetności? A może zakłamanie i performatywny patriotyzm? Co czujemy będąc wręcz napastowani wizerunkiem amerykańskiej flagi w filmach? 
Kilka dni temu, przeczytałam w jednym z komentarzy na portalu Filmweb, iż fakt, że flaga amerykańska jest najczęściej stosowanym detalem w hollywoodzkich filmach, jest w rzeczywistości marketingową strategią brandingu – budowania świadomości marki jaką są Stany Zjednoczone . Nie ulega wątpliwości, że Gwiaździsty Sztandar jest skondensowanym symbolem niosącym ze sobą nie tylko demokrację i republikańskie ideały, ale też sztandarowe wytwory amerykańskiego konsumpcjonizmu z Coca-colą na czele. Wielu twierdzi, że flaga służy celom propagandowym – uruchamia fascynujący mechanizm wzruszenia i dumy, o dziwo nie tylko u Amerykańskich obywateli. Być może właśnie stąd bierze się irytacja nadmiernym używaniem amerykańskiego sztandaru. Odbiorcy dziwiąc się swoją podatnością na tanie chwyty, które wywołują niechcia…

Światło w Detroit

Detroit to fascynujące miasto. Pewnie czytaliście o tym jak wielką chlubą było w pierwszej połowie XX wieku, kiedy stało się światowym centrum motoryzacji, jak to cudownie się wtedy żyło, pracowało, zarabiało. Ameryka rozkwitała. Z drugiej strony, założę się, że widzieliście zdjęcia rozpadających się budynków, opuszczonego centrum, upadku ikony. Tak, wszyscy to znamy. Zastanawiamy się jak to możliwe, co mogło pójść nie tak, analizujemy bieg historii, zmiany, które sprowadziły niemalże zagładę. 
Nadszedł moment, w którym Detroit stanęło na skraju przepaści. Setki tysięcy osób mieszkających tam od dzieciństwa, lokalnych patriotów, robotników, ludzi, którzy poświęcili całe życie na jego rozwój było świadkami, czegoś, co w całej swojej przerażającej wymowie, wydaje się fascynującego. Jak można było doprowadzić miasto do takiego stanu? Ba! Jak może funkcjonować w takim stanie? Jak może się podnieść? Jak przywrócić świetność absolutnej ikony amerykańskiego przemysłu? Jak uratować Detroit?


Zimna wojna na suburbiach. Pejzaż apokaliptycznego spokoju

Ta forma cywilizacji, aksamitna i uzdrowiskowa, nieodparcie przywodzi na myśl koniec świata. Jean Baudrillard, Ameryka
Droga do szczęścia (Revolutionary Road, 2008), film oparty na słynnej powieści Richarda Yatesa z 1961 r., to modelowa realizacja ikonografii amerykańskiej Ery Dobrego Samopoczucia, czyli dekady lat 50–tych. Jednak reżyser, poprzez sugestywną prezentację hermetyzmu amerykańskich przedmieść i kreowanego przez nie poczucia nienaruszalności i samowystarczalności, zręcznie przemyca atmosferę utajonego napięcia, nieodłącznie związaną z funkcjonowaniem świata graniczącego z utopią, zwłaszcza jeśli ulokujemy go w znamiennym pejzażu społecznym okresu zimnej wojny.
Oto Frank i April Wheeler (w tych rolach nieprzypadkowo dobrany duet: Kate Winslet i Leonardo DiCaprio), młode małżeństwo z Nowego Jorku, przenoszą się na przedmieścia Connecticut. Kiedy jadąc samochodem, wpatrują się w rząd mijanych za szybą identycznych domów, osadzonych przy identycznych garażach, trawnikach i podja…